Alergia na soję w kosmetyku – „gaszenie pożaru benzyną”

Ideę dzisiejszego postu można streścić cytując kilka znanych powiedzeń

„Gaszenie pożaru benzyną”, „Diabeł tkwi w szczegółach”, „Lepiej zapobiegać, niż leczyć”.

W tym tygodniu zgłosiła się do mnie młoda kobieta. Jednym z jej problemów była plamista wysypka pojawiająca się od 6 miesięcy na powiekach oraz na szyi. Zakładając historię choroby standardowo pytam każdego, czy nie jest na coś uczulony (a szczególnie na leki oraz pokarmy, pyłki, kosmetyki). Pacjentka stwierdziła, że nie jest na nic uczulona. Z powodu zmian skórnych leczyła się u dermatologa. Lekarz wykluczył alergię na kosmetyki, ponieważ chora używała swoich kremów od 2 lat. Po wizycie u specjalisty chora zaczęła zażywać zalecone leki, ale bez poprawy. Szczególnie dokuczały jej zmiany na powiekach (zaczerwienienie, swędzenie, sucha, łuszczą się skóra). Ze względów kosmetycznych próbowała zakryć je dodatkową warstwą kosmetyków. Niestety nic nie pomagało. Zbierając szczegółowy wywiad narządowy, pytając o alergię na proszki do prana, narażenie zawodowe, nowe ubrania, dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego, po około 20 minutach chora powiedziała, że w dzieciństwie miała biegunki i pokrzywki po zjedzeniu soi. Także źle tolerowała produkty kosmetyczne pewnej firmy niemieckiej.  Obecnie bardzo uważa, nie kupuje pokarmów zawierających soję. Zastanowiłem się, czy może chora je pokarmy z alergenami krzyżowymi dla soie, które będą wywoływały podobne reakcję – orzeszki ziemne, czy ma kontakt z brzozą. Chora zanegowała kontakt z takimi substancjami. Wróciłem do hipotezy alergii na kosmetyki. Pacjentka pokazała mi krem dobrej francuskiej firmy – na odwrocie był podany skład kosmetyku. Na buteleczce wielkości 7x 2 cm umieszczono drobnymi literkami skład. Niestety do dalszego czytania zniechęcała duża ilość opisanych związków chemicznych i mała czcionka.  Z pomocą przyszła mi nowa technologia, telefon komórkowy. Po wykonaniu zdjęcia i jego powiększeniu od razu można było zauważyć napis SOJA! (SOYBEAN OIL).

 

Jak widać „diabeł tkwi w szczegółach” .

Wiążąc fakty, uznałem, że alergie skórne mogą być wywołane tym kosmetykiem. Próby ukrycia wysypki pod kosmetykiem przypominały więc „Gaszenie pożaru benzyną”. Zamiast lepiej, pacjentka dostarczała cały czas alergen na skórę dając alergię kontaktową.

Zaleciłem chorej odstawienie kremu. Ponieważ uznałem w tym przypadku, „post hoc est propter hoc” (po tym znaczy dlatego). Powiedziałem, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć.

Lekarze amerykańscy często używają obrazowej historyjki na ten temat. „Jeśli uderzasz młotkiem w palec i on cię boli – lepiej zabierz palec spod młotka, zamiast u używać leków przeciwbólowych.”

Z tej historii możemy się dowiedzieć, że

– pacjenci nie zawsze od razu pamiętają na co są uczuleni,

– alergeny pokarmowe mogą wywoływać reakcje skórne przy kontakcie z danym produktem

– leki lub kosmetyki mogą zawierać alergeny (np. w masie tabletkowej – laktoza), czy w składzie kosmetyku

– telefon komórkowy może służyć jako szkło powiększające do czytania ulotek, oglądania zmian skórnych

– nie zawsze opinia jednego lekarza (nawet specjalisty w wąskiej dziedzinie) może być wyrocznią w danej sytuacji (pacjentka nie powiedziała o alergii, nie pokazała też lekarzowi leku?), stąd pominięcie w różnicowaniu tego alergenu. Z

– zadawanie szczegółowych pytań pacjentowi wymaga czasu – w ramach NFZ jest to 15 min – tyle to się pisze re-receptę 🙂